Toskania po mojemu

Toskania ma tak wiele do zaoferowania, że niejeden region, a nawet kraj na świecie mógłby jej pozazdrościć. Położona między Ligurią, Emilią-Romanią i Lacjum ze stolicą we Florencji jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc na świecie. Ukochane miejsce gwiazd filmowych, miłośników wina i dobrego jedzenia, pasjonatów historii, wielbicieli sztuki… i moje.

Wczorajsze popołudnie było tak bardzo włoskie, że pierwsze co zrobiłam po powrocie do domu, było spojrzenie na moją włoską biblioteczkę. Spędziłam kilka godzin w knajpie z przepysznym jedzeniem w towarzystwie cudnych italofilek, z którymi wcześniej znałyśmy się tylko wirtualnie. Ta randka w ciemno okazała się wyjątkowym spotkaniem, które w przyszłości na pewno zaowocuje kolejnymi (dziękuję Aniu i czekam na więcej!)Wracając do biblioteczki, sięgnęłam po przewodnik po Toskanii, z którego wyleciała mi mapa Florencji z zaznaczonymi miejscami, które pewnego wrześniowego dnia miałam szczęście zobaczyć. Odżyły wszystkie wspomnienia, emocje, i miejsca  zaczęły pojawiać się w mojej głowie niczym w prezentacji multimedialnej.

Toskania to chyba najchętniej odwiedzany region Włoch (Apulia dogania popularnością?) i nic w tym dziwnego, bo poza masą zabytków to malownicza kraina, z gajami oliwnymi i winnicami. Miałam to szczęście, że spędziłam 2 cudowne tygodnie, w towarzystwie trojga bliskich mi ludzi, w samym sercu regionu (tylko godzinę pociągiem do Florencji). Codziennie budziłam się w niewielkim domu, położonym na terenie winnicy, obok zamku, którego piwnice są rajem dla koneserów wina. W tamte wakacje przez dwa tygodnie widziałam tyle, że nie sposób zebrać tego w jedną tekstową pigułkę, dlatego skupię się na miejscach niestandardowych i tych najbliższych memu sercu.

Jest takie miejsce, które odwiedziłam w czasie tej podróży, do którego rok później wróciłam i będę wracać. Monteriggioni, bo o nim mowa, to niewielkie miasto, średniowieczna twierdza położona w prowincji Siena. Miejsce jest tak urocze i nieskomplikowane, że przebywanie w granicach murów miasta to przyjemność na miarę wczorajszego tiramisu. Miasto zbudowali na początku XIII wieku Sieneńczycy jako bastion obronny przed atakami Florencji i Volterry. Sercem miasteczka są Piazza Roma i niewielki kościół Santa Maria Assunta. Od rynku odchodzą urokliwe uliczki, otoczone przez wysoki mur miejski z wieżami, który w sumie liczy 570 m. I to właściwie na tyle! W Monteriggioni czas jakby się zatrzymał i chyba dlatego z tak dużym sentymentem często wracam myślami do tego miejsca. Koty wygrzewają się na słońcu, właściciel sklepu czyta książkę, słońce ogrzewa kamienny bruk, zapach kawy… W takich miejscach zawsze chce się zostać na dłużej. Nie wyobrażałam sobie, żeby rok później jadąc samochodem do Rzymu nie wstąpić do miasteczka chociaż na chwilę. Koniecznie chciałam ponownie zatrzymać się w czasie i nawet zboczenie z trasy, kręcenie się drobnymi uliczkami do jego bram nie były w stanie mnie zniechęcić.

Toskania to inspiracja dla poetów, pisarzy, filmowców i ojczyzna wyjątkowego artysty — Leonarda da Vinci. Wielki Leonardo urodził się i wychowywał w Vinci, niewielkim toskańskim mieście. Vinci żyje postacią geniusza, jednak nie jest to ani nachalne, ani w żaden sposób przesadzone. Mieszkańcy są dumni z tego, że w ich mieście (właściwie to kilkaset metrów wyżej) 15 kwietnia 1452 roku na świat przyszedł wybitny artysta, architekt, odkrywca i wynalazca. W miejscowym muzeum Leonarda znajdują się w większości kopie dzieł artysty np. drewnianych machin, obrazów, projektów i przedmiotów z nim związanych. Vinci nie jest oblegane przez turystów tak jak inne miasta w Toskanii, tym większą przyjemnością było jego odwiedzenie. Nieco wyżej ponad miastem na wzgórzu, które tego mglistego dnia było kompletnie niewidoczne (brak zdjęć :/), w Anchiano,  znajduje się dom rodzinny Leonarda. Warto to miejsce zobaczyć i przenieść się w czasie do XV wieku  w ciężkich, grubych murach, gdzie wychowywał się przyszły mistrz renesansu.

Każdy, kto czytał lub oglądał Pod słońcem Toskanii prędzej czy później trafi do Cortony. Autobiograficzna powieść Frances Mayes i jej ekranizacja były najlepszą reklamą Toskanii i właśnie od czasów amerykańskiego hitu filmowego region przeżywa oblężenie. Wielu tak jak tytułowa bohaterka przybywa w poszukiwaniu przygody, która dla autorki okazała się przygodą życia. Jeszcze inni po prostu chcą przekonać się na własne oczy, co do zaoferowania ma miejsce. Kolejni (szczególnie bogaci Amerykanie) organizują ślub w plenerze pod toskańskim słońcem. Ja będąc w Cortonie nie odnalazłam swojego Bramasole, jednak zakochałam się w tym miejscu. O tym, że jest to piękne i urokliwe miasto jakich wiele w Toskanii nie ma co dyskutować, jednak nie każde ma takie widoki na okolicę. Miasto jest wyjątkowo położone, na wzgórzu, wokół którego rozpościerają się istnie pocztówkowe widoki. Będąc na starówce, obowiązkowym punktem jest niewielka katedra – Duomo di Cortona – i to właśnie w tym miejscu widok powalił mnie prawie na kolana.

Celowo nie napisałam jeszcze nic o jedzeniu. Nie dlatego, że nic dobrego nie jadłam w tych i innych pięknych miejscach, ale ponieważ żadne nie dorównuje niewielkiej pizzeri w miasteczku obok naszego noclegu. Wprawdzie na terenie obiektu gdzie mieszkaliśmy była restauracja (droga i dość dobra, w rankingach bardzo dobra), jednak nie stołowaliśmy się w niej zbyt często. Kiedy samodzielne gotowanie odłożyliśmy na bok, pewnego razu wybraliśmy się na poszukiwanie lokalnej gastronomii. Nie było to łatwe, bo wioski dookoła nie miały nawet supermarketu, i poza dobrą lodziarnią nic w oko się nie rzucało. Kiedy zrezygnowani kierowaliśmy się w stronę domu, zobaczyliśmy miejsce, które z zewnątrz wyglądało jak stołówka. Ta pizzeria okazała się naszym największym kulinarnym odkryciem. Wewnątrz byli sami tubylcy, obsługa nie znała angielskiego, karta była tylko po włosku, a my, głodni jak wilki, zamówiliśmy posiłek trochę na chybił-trafił. To co nam podano przeszło najśmielsze kulinarne oczekiwania i zniknęło w kilka minut. W tamtym miejscu jadłam znienawidzoną przeze mnie zupę rybną, która smakowała tak, że mogłabym do niej wracać częściej niż tylko w Wigilię. Gniocchi, owoce morza, pasty, pizze, risotto, desery… wszystko było tak dobre, że wracaliśmy tam jeszcze kilka razy. Jest to wystarczający powód, by kiedyś wrócić do tej niepozornej restauracji w Santa Brigida.

Taką Toskanię właśnie pamiętam, i chce do niej wrócić. Dużo by pisać o tym, co widziałam przez te dwa tygodnie, ale nie zabrakło też rozczarowania. Takim miejscem była Piza, której rozreklamowana atrakcja w postaci wieży kompletnie przyćmiła to, co znajduje się wokół niej. Temat na rozczarowania podróżnicze to jednak materiał na oddzielny post. Toskania kompletnie mnie zachwyciła i rozkochała we Włoszech jeszcze bardziej. To coś więcej niż przepiękne stare kościoły, średniowieczne rynki, dzieła Bramantego, Michała Anioła, Rafaela i innych w Galerii Uffizi… to więcej niż smaki z Santa Brigida i chianti na tarasie o zachodzie słońca. Toskania to słońce, które ubiera budynki w odcienie od rdzawego beżu po ceglastą czerwień, to zapachy gajów oliwnych na wzgórzach i gorącej ziemi pośród winorośli. W końcu Toskania to ludzie żyjący w rytmie slow… młodzi, którzy nie uciekli do wielkomiejskich korporacji i prowadzą sklepy i gastronomie, dzieci biegające pośród fontann i starsi ludzie. Ci ostatni najbardziej rzucają się w oczy i są przykładem na to, że można dożyć starości i całkiem owocnie ją spędzać. Starsi mieszkańcy Toskanii najczęściej sprawują rolę obserwatora i gwardii obywatelskiej. Nierzadko obierają strategiczny punkt na rynku miasta i pogardliwie spoglądają na turystów lub komentują życie jego mieszkańców, pilnując jednocześnie wnuków i odmierzając czas, spoglądając na zegar miejski. I właśnie taka starość z koleżankami na rynku w mieście jak Montepulciano marzy mi się… gdzieś z dala od zgiełku i gonitwy za codziennością.

To tyle o Toskanii na pierwszy raz, bez wątpienia nie ostatni!

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: