Algarve – południe Portugalii

O podróży do Portugalii marzyłam od bardzo dawna. Po pierwsze od dziecka uważałam, że języki portugalski i włoski to najpiękniej brzmiące języki świata. Po drugie bardzo chciałam zamoczyć stopy w oceanie i po trzecie zobaczyć kraj, w którym w średniowieczu ,,kończył się” świat.

Moja wizyta w Portugalii była wyjątkowo dobrze spędzonym czasem w jednym z najbardziej popularnych turystycznych regionów w Europie. Co roku przybywają tu tłumy w poszukiwaniu spokoju i odpoczynku pośród plaż. Mowa o regionie Algarve, czyli południowej części kraju, którego stolicą jest prawie półmilionowe Faro. Patrząc okiem miłośnika starożytności nie jest to miejsce za którym będę tęsknić – na próżno szukać tam rzymskich ruin. Portugalia nie jest młodym krajem, w miastach znajdują się miejsca związane z odległą przeszłością, jednak przede wszystkim Algarve jest pomnikiem przyrody. Południe kraju posiada jedne z najpiękniejszych plaż na świecie i to właśnie jest główna atrakcja i powód, dla którego co roku odwiedzają je miliony turystów. Miejsce ponadto słynie z największej produkcji korka na świecie, który jak się okazuje, jest materiałem nie tylko do zabezpieczania wina w butelce. Portugalczycy produkują z niego buty, czapki, odzież (można prać w pralce!), przedmioty codziennego użytku, które służą na całe lata i cieszą się ogromnym powodzeniem nie tylko wśród turystów, ale i rdzennych mieszkańców (co drugi mieszkaniec nosi korkowe buty). I żeby w końcu było smacznie, Algarve to kraina pomarańczy. Cytrusy nie są tak ładne jak w supermarkecie ale tak słodkich, aromatycznych i idealnie miękkich i twardych zarazem nie jadłam nigdy.

Będąc w południowej Portugalii pierwszym miejscem poza okolicą Albufeiry gdzie mieszkałam było Silves. Górzyste miasto nad rzeką Arade zostało założone przez Rzymian i nosiło nazwę Cilbes. Niestety był to jedynie jeden z dwóch rzymskich akcentów w czasie mojej portugalskiej eskapady. Starożytna część historii kraju została przyćmiona przez podboje arabskie i między innymi z tego powodu na próżno było mi szukać pozostałości po dawnym Imperium Romanum. Największą atrakcją miasta są odrestaurowane ruiny zamku mauretańskiego. Droga do niego prowadzi przez spokojną uliczkę ze sklepami pełnymi ręcznie malowanej porcelany i XIII-wieczną katedrą, która stoi w miejscu dawnego meczetu. Uwaga – droga do zamku jest niebezpieczna! Bruk jest tak bardzo śliski, że momentami ma się wrażenie spaceru po lodzie. Największa niespodzianka w mieście nie czekała mnie jednak na jego szczycie, lecz na samym dole nad rzeką. Można tam oglądać wystawę lokalnych artystów, którzy na drzewach oliwnych wyeksponowali kolorowe szale i pompony z wełny i włoczki dzięki, którym na moment przeniosłam się gdzieś między święta bożego narodzenia a karnawał. Lubię takie miejsca i sytuacje, w których odkrywam lokalną sztukę i niekonwencjonalne zagospodarowanie terenu. Bez wątpienia była to najbardziej kolorowa część Portugalii, jaką widziałam tego dnia.

Na południu Portugalii podziwiać można cuda przyrody w postaci ogromnych połaci zieleni, wśród których królują drzewka pomarańczowe, figowe, migdałowe, gaje oliwne i lasy eukaliptusowe. Są jednak tylko niewielką częścią pośród których królują ogromne połacie lasów dębu korkowego. Najwięcej korka pochodzi z lasów wokół najwyższego łańcucha górskiego Algarve – Serra de Monchique. Najwyższym szczytem gór jest Fóia 902 m n.p.m., na którym znajdują się radary należące do NATO. Warto to miejsce odwiedzić ze względu na niepowtarzalny widok na okolicę, z którego w bezchmurny dzień można nawet dostrzec wybrzeże.

Wpisując w wyszukiwarkę hasło „Algarve” najczęściej widoczną grafiką są skały o nieregularnych kształtach tworzące wąskie tunele między lądem a Atlantykiem. Te skały to najczęściej Ponta da Piedade z Lagos. Miejsce zostało okrzyknięte wiele lat temu jedną z najpiękniejszych plaż na świecie (plaża maleńka, ale rzeczywiście niepowtarzalna) i najpiękniejszym tego typu miejscem w Europie. Rzeczywiście urok skał we wszystkich odcieniach rudego (kolorystycznie jak w Sienie) komponuje się idealnie z lazurowym kolorem wody, jednak miejsce to jest tak oblegane przez turystów, że grozi niemal śmiertelnym niebezpieczeństwem. Wiem, o czym piszę, bo poproszona o zrobienie zdjęcia zaliczyłam potknięcie o ostrą skałę i długo po powrocie do domu pamiętałam o tym miejscu. Lagos poza plażą ma całkiem ładną starówkę, którą warto odwiedzić będąc w okolicy. W mieście znajdują się ruiny zamku mauretańskiego i złoty kościół św. Antoniego (XVIII wieczne wnętrze jest bogato zdobione cennym kruszcem). ,,Atrakcją” miasta jest ponadto średniowieczny targ niewolników, o którym chyba lepiej byłoby zapomnieć na przykład na rzecz ciągnącej się wzdłuż portu bardzo ładnej promenady.

Ostatnim miejscem, które widziałam odkrywając południe Portugalii był najbardziej wysunięty na południowy zachód skrawek Europy – Przylądek Św. Wincentego. W średniowieczu miejsce to uważano za koniec świata i zabawne, że dzisiaj jest to zaledwie jego początek. Miejsce, gdzie wysokie skały (60 metrowe klify) lądu europejskiego spotykają się z falami oceanu, przez wieki było różnie nazywane. Starożytni Rzymianie nazywali je Promontorium Sacrum, gdyż było to ostatnie miejsce w Imperium, gdzie widać było zachodzące słońce. Dla żeglarzy natomiast miejsce to od zawsze było Przylądkiem Ciepłych Gaci, bo ciepłe powietrze właśnie tutaj spotyka się z morskim chłodem. Dzisiaj Przylądek nosi nazwę świętego z Saragossy i jest jednym z ulubionych miejsc miłośników surfingu. Jeśli chodzi o zabudowę to na samym przylądku, jedynym budynkiem jest latarnia morska widoczna z odległości 90 km, zaś najbliższa oznaka cywilizacji znajdują się w Sagres – wsi oddalonej o 6 km, w której z inicjatywy infanta Henryka Żeglarza powstała pierwsza na świecie szkoła morska.

Algarve nie rozczarowało mnie ani trochę. Jest to bardzo oryginalna kraina, w której wciąż czułam się jak w Europie, jednak mnóstwo w niej wpływów arabskich. Widoczne jest to w architekturze, w kuchni i miasteczkach gdzie zapachy orientalnych przypraw na targu przenoszą w inny świat. Nie wiem czy jeszcze kiedyś tam wrócę, bo chyba zaspokoiłam swoją ciekawość na tę część Półwyspu Iberyjskiego, ale na pewno nie jest to koniec mojej przygody z Portugalią. Gdybym miała więcej czasu (niestety tylko tydzień) to bez wahania wybrałabym się w trzygodzinną podróż do Lizbony, która znajduje się na podium moich miejsc do zobaczenia. Portugalia jest bardzo przyjemna i jestem przekonana, że łagodny klimat, pogodni ludzie, szeroka paleta barw na horyzoncie, przepyszne smaki skradną niejedno podróżnicze serce.

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

%d bloggers like this: